Men In Black: International

Odgrzewany kotlety za 3,2,1… Moda na rebooty znanych, a czasem wręcz legendarnych tytułów trwa w najlepsze. Klasyka gatunku science-fiction, Men In Black padają ofiarą po raz drugi. O ile trzecią część jestem w stanie zaakceptować biorąc pod uwagę fakt chęci stworzenia przez Barry Sonnenfelda trylogii, o tyle najnowsza odsłona przygód Facetów W Czerni przestaje do mnie przemawiać.

Na przestrzeni ponad 20 lat duet Tommy Lee Jones i Will Smith stali się ikonami serii MIB. Dziś te ikony wiszą już tylko na ścianie gabinetu Agenta High T, a my musimy zaakceptować nowy porządek, w którym pierwsze skrzypce przejmują Thor i Walkiria. Chris i Tessa będą kojarzeni przez wszystkich jeszcze co najmniej najbliższe kilka lat z postaciami, które stworzyli w MCU. Wydaje mi się, że może to być dla nich lekkie przekleństwo. Zwłaszcza jeśli mówimy o odtwórcy roli Agenta H.

Taika Waititi odkrył w Chrisie komediowy talent przy okazji tworzenia filmu Thor: Ragnarok pozwalając mu na dużą dozę improwizacji i trzeba przyznać, że zagrało to rewelacyjnie. Dzięki sporej dawce humoru, który był faktycznie zabawny, postać Thora stała się jeszcze bardziej ludzka i łatwiejsza do zaakceptowania. Poza tym widać było, że Chris czuł się w tej roli jak ryba w wodzie. Jednak problem pojawia się kiedy próbuje robić to samo, grając w innym filmie, wcielając się w inną postać, jednocześnie sprawiając aby nikt nie myślał o nim jak o Thorze. Men In Black: International próbuje wymknąć się z tej pułapki robiąc z Agenta H lekkomyślnego, pełnego arogancji dupka. Niestety ten zabieg sprawia, że całokształt postaci staje się sztuczny i zupełnie nie do zaakceptowania, a jej poczucie humoru kompletnie nie trafia tam gdzie powinno.

Z drugiej strony Tessa Thompson, jako przedstawiciel równouprawnienia XXI wieku, staje przed zadaniem zniszczenia legendy Men In Black. Aktorka pokazała się z bardzo dobrej strony w serialu Westworld jak i w uniwersum MCU, jednak tu została postawiona przed niemożliwym zadaniem. Niestety nawet gdyby jej gra aktorska zasługiwała na Oscara, postać kobiety w duecie Facetów w Czerni mówiąc lekko – nie pasuje. Sztuczność sytuacji towarzyszyła mi przez cały seans. Men In Black, marka legenda, stała się ofiarą XXI wieku. Pierwsze dwa filmy w inteligentny sposób wyśmiewające ikony popkultury, stereotypy (żarty z afroamerykanów), itp., ustąpiły miejsca wszechobecnej w dzisiejszych czasach poprawności politycznej.

Przy tym wszystkim fabuła będąca jedynie poprawną, prostolinijną, mało porywającą historią stawia czwartą część Facetów W Czerni daleko poza podium. Nie pomaga nawet obecność wymienionych wcześniej gwiazd kina oraz Liama Neesona (Agent T). Nie pomaga zmiana reżysera z twórcy serii MIB (Barry Sonnenfeld) na osobę odpowiedzialną za jedną z części Szybki I Wściekłych (F. Gary Gray). Wizualnie przyjemny film z lekkimi odniesieniami do poprzednich części czy innych kasowych hitów ostatnich lat nie wystarczy by stworzyć bardzo dobre wrażenie. Fani Facetów W Czerni na pewno będą zawiedzeni, pozostali nie znajdą w tym filmie nic ciekawego ani odkrywczego. Pusta rozrywka do spędzenia czasu przy popcornie i zapomnieniu po wyjściu z kina.

Robert, na co dzień trener personalny, a w wolnych chwilach nałogowy czytacz i oglądacz szeroko rozumianego science-fiction.

Dodaj komentarz