Star Trek: Discovery – Season 1

Nigdy nie byłem fanem Star Treka, a zwłaszcza uniwersum serialowego. W latach 90tych, kiedy wiele osób z zapartym tchem śledziło przygody kapitana Kirka, moje oczy były skierowane w stronę Gwiezdnych Wojen. Zdecydowanie wolałem obejrzeć n-ty raz przygody Jedi i Sithów niż facetów w mundurkach. Jak widzicie od razu przyznaję się do tego, że stałem z drugiej strony barykady, dlatego też moje opinie prawdopodobnie będą drastycznie inne niż całego fandomu. 

Moja przygoda ze Star Trekiem rozpoczęła się w momencie reaktywacji serii przez J.J. Abramsa, który zdecydowanie wywarł na mnie pozytywne wrażenie. Pokazał, że to uniwersum może się podobać. Jednak Internet przesiąknięty jest krytyką i oskarżeniami o niszczenie genialnego uniwersum. Szanuję każdą opinię i rozumiem, że zagorzałym fanom pewne rzeczy zgrzytały i mogły się nie podobać, jednak ja dostałem dobrą historię z ciekawymi postaciami, w które wcielili się znani mi aktorzy, a to wszystko okraszone rewelacyjnymi efektami specjalnymi.
 
Z tego powodu moje oczekiwania wobec serialu Star Trek: Discovery były zupełnie inne. Chciałem dostać wartką historię ze zwrotami akcji z postaciami, które polubię lub znienawidzę, które nie będą mi obojętne. Miałem nadzieję na walki w kosmosie, na przedstawienie różnych ras oraz wątki związane z innymi wymiarami czy czasoprzestrzenią (bo wiedziałem, że takie pojawiały się w uniwersum Star Trek) i wiele z tych rzeczy dostałem.
 
Zdaje sobie sprawę, że moje oczekiwania mogły być dość rozbieżne wobec tego, na czym opierało się całe uniwersum. Wiem, że Star Trek bazował na odkrywaniu nowych światów i nawiązywaniem kontaktu w pokojowy sposób. Zdaję sobie sprawę z tego, że walk w przestrzeni kosmicznej praktycznie nie było, że każdy serial czy film poruszał problemy, które nawiązywały do naszego życia, ale ja oczekiwałem dobrej space opery i nie liczyłem na nic poważnego i głębokiego.
 
Akcja serialu Star Trek: Discovery umiejscowiona jest 10 lat przed wydarzeniami z oryginalnej serii. Statek kosmiczny U.S.S. Shenzhou dociera na krańce znanego układu gwiezdnego i napotyka na artefakt należący do wrogiej rasy – Klingonów. Znani ze swoich zamiłowań do wojny mimo wszystko przywitani są przez Federację w pokojowy sposób. Sytuacja jest napięta. Pierwsza oficer, Michael Burnham, wierzy, że jedyna możliwość to zastosowanie ataku wyprzedzającego na co nie chce zgodzić się załoga i kapitan statku, którzy przybyli tu z misją pokojową. Dochodzi do swoistego ‚zamachu stanu’ i rozpoczęcia wojny.

Konflikt z Klingonami to jeden z dwóch głównych wątków w pierwszym sezonie. Drugim jest misja statku U.S.S. Discovery, a tak naprawdę w zasadzie sam statek. Mimo pokojowych zamiarów federacji statek od początku określany jest jako broń, a misją załogi jest umożliwienie jej wykorzystania. Discovery ma być asem w rękawie w dniach niepokoju, czyli takich, które właśnie mają swój początek, a jego być albo nie zależy od rozwiązania problemu z zupełnie nowym napędem.

Kapitan statku, Gabriel Lorca grany przez Jasona Isaaca, to jedna z barwniejszych postaci całego sezonu, która na swój sposób zaskakuje. W tym przypadku gra aktorska jest bardzo przekonująca czego niestety nie można powiedzieć o głównej bohaterce – Michael Burnham. Jest to jedyna postać z całego sezonu, która była dla mnie nijaka, ale tłumaczę sobie to takimi założeniami twórców. Pierwsza oficer to przyrodnia siostra Spocka, wychowana jak wulkanie, od młodości skutecznie wyczyszczana z emocji. Może dlatego jej kamienna twarz i szczątkowe ujawnianie jakichkolwiek reakcji nie przekonuje mnie jako widza. Z biegiem czasu widzimy zmianę bohaterki i jesteśmy świadkami uczenia się człowieczeństwa do tego stopnia, że jedna jedyna kropla łzy spływająca po jej policzku robi już na nas wrażenie. Jestem w stanie uwierzyć, że taki był zamysł, niemniej jednak do pewnego momentu ciężko jest przekonać się do tej postaci.

Całe szczęście na mostku obydwu statków, dzięki czemu często pojawia się w serialu, znajduje się porucznik Saru. Wystarczy jedynie wspomnieć, że w rolę przedstawiciela innej rasy wciela się Doug Jones, którego kojarzyć można z roli w takich filmach jak Kształt WodyHellboy czy Labirynt Fauna.

Mały problem z odbiorem postaci sprawił mi Anthony Rapp. Na pewno jako Porucznik Stamets jest mocno widoczny i odgrywa znaczącą rolę jednak wciskane na siłę w ostatnich latach w każdy serial wątków homoseksualnych momentalnie mnie odrzuca.

Realizacja efektów specjalnych oraz charakteryzacja stoi na wysokim poziomie i nie ma nic wspólnego z tandetą i kiczem oryginalnych serii. Może poza Kligonami. Kompletnie nie przekonało mnie nic co było związane z tą rasą. Charakteryzacja wyglądająca tak bardzo sztucznie jak tylko można było sobie wyobrazić, a język i sposób zachowania irytujący w każdej scenie. Dziwne, zwłaszcza że postać Saru pokazuje, iż można było to zrobić lepiej.

Fabuła rozkręcała się bardzo powoli – mniej więcej do połowy sezonu. Można to odebrać jako ukłon w stronę zupełnie nie związanych z uniwersum Star Treka odbiorców. W jasny i prosty sposób jesteśmy wprowadzeni w uniwersum, dzięki czemu nie zostajemy przytłoczeni jego wielkością. Druga połowa sezonu nabiera tempa i jest usłana sporą ilością zwrotów akcji za co można dać duży plus. Od tego momentu ogląda się bardzo lekko i przyjemnie – mimo pewnych głupot (Michael lecąca przez pustkę czy sposób działania nowego napędu) i idiotycznych wyborów postaci, na które można przymknąć oko.

Z perspektywy nie-fana nie żałuję spędzonych godzin przy pierwszym sezonie. Oczekiwałem przyjemnej historii ze zwrotami akcji, z walkami statków kosmicznych, z zabawą czasoprzestrzenią i się nie zawiodłem. Od początku Star Trek: Discovery miał być dla mnie czystą rozrywką, a nie powodem do kontemplacji otaczającego mnie świata. Jednak jeśli ktoś wychował się na tej serii w pełni zrozumiem, że to nie jest to czego oczekiwał.

Robert, na co dzień trener personalny, a w wolnych chwilach nałogowy czytacz i oglądacz szeroko rozumianego science-fiction.

Dodaj komentarz